„Artysta czuje się dobrze sam ze sobą tylko wtedy, gdy tworzy”. Rozmowa z formacją Lark przed premierą płyty „Nameless Void”

2026-02-26 8:32

O notorycznie zmieniających się perkusistach, pustoszejących barach, wspólnym numerze z ex-wokalistą Iron Maiden, nowym krążku oraz zbliżającej się trasie koncertowej – rozmawiamy z Marcinem Gądkiem (wokal), Sebastianem Mnichem (perkusja) i Mariuszem Budzikiem (bas) z heavy rockowej formacji Lark.

Lark

i

Autor: Krystian Janik

Krystian: Niewątpliwie nie jesteście zespołem zimnofalowym, choć ta zimna fala do was pasuje, ale z innych względów. Jesteście zespołem zimnym, bo wasza muzyka jest zimna, o czym mówi choćby pierwsza płyta „Antarctica”. Zanim przejdziemy do nadchodzącego krążka, powiedzcie, jak w ogóle wyglądał odbiór waszego debiutu? Warto przypomnieć, że graliście ten materiał zarówno w Polsce, jak i za granicą.

Marcin: Odpowiem trochę na przekór. Sądzę, że to nie tytuł płyty zdefiniował odbiór naszej muzyki, a raczej jej fundamentalny charakter. Ten chłód, o którym mówisz, jest wpisany w nasze DNA. Oczywiście, kiedy na koncertach gramy tytułowy utwór „Antarctica”, mam w zwyczaju opowiadać historię, która za nim stoi. Mówię o jej autentyczności, o przesłaniu, które niesie. To zawsze rezonuje z publicznością. Widzę po twarzach, że słuchacze stają się bardziej zaangażowani, gdy dowiadują się, że piosenka nie jest zbiorem przypadkowych słów, ale ma głębszy sens. Jednak kluczowy jest sam dźwięk. Mieliśmy kiedyś ciekawą rozmowę z pewnym zagranicznym menadżerem. Zdradził nam swój sposób na weryfikację potencjału zespołu: przyjeżdża na koncert incognito i obserwuje publiczność. Kluczowe pytanie brzmi: czy podczas występu ludzie idą do baru po piwo, czy może wracają z piwem pod scenę? Nasze doświadczenie pokazuje, że bar podczas naszych koncertów zazwyczaj pustoszeje. To dla nas najlepszy dowód na to, że muzyka wciąga i absorbuje.

Krystian: To teraz wyjaśniła mi się jedna rzecz! Jakiś czas temu czytałem artykuł o tym, że Polacy piją coraz mniej piwa i spada sprzedaż tego trunku. Wygląda na to, że zespół Lark ma w tym swój niemały udział. (śmiech)

Sebastian: (śmiech) Dokładnie tak, to nasza cicha misja społeczna.

Marcin: Mamy w tym swój skromny wkład. Możemy to dopisać do listy naszych niecodziennych osiągnięć. (śmiech) A wracając do sedna, historia jest ważna, ale to muzyka i energia, którą generujemy na scenie, tworzą ten bezpośredni, niewerbalny feedback. Patrząc na reakcje ludzi, oceniamy, że jest on bardzo pozytywny.

Krystian: Macie swój wkład w statystyki, a w waszą muzykę ma wkład wielu perkusistów. W ciągu ostatniego roku byłem na waszych koncertach trzykrotnie, między innymi w Piwnicy „Przepraszam”, pierwszym na mapie Tarnowa klubie muzycznym z prawdziwego zdarzenia. I w tym czasie naliczyłem dwóch różnych bębniarzy. Dziś siedzi z nami trzeci, a podobno jest jeszcze czwarty. Wyjaśnijcie mi tę perkusyjną karuzelę, bo zaczynam się gubić. (śmiech)

Sebastian: To prawda, nasza historia perkusyjna jest barwna i dynamiczna. Od samego początku filarem sekcji rytmicznej był fantastyczny bębniarz, Wojtek Pasek. Z różnych przyczyn osobistych musiał na pewien czas zawiesić swoją działalność w zespole. Jego miejsce zajął równie znakomity tarnowski muzyk, Daniel Połeć. Teraz nadszedł mój czas, z czego osobiście ogromnie się cieszę. Jestem fanem Lark od samego początku, śledziłem ich drogę nie jako muzyk, ale też jako przyjaciel.

Marcin: Powoli kończy nam się lista dostępnych perkusistów w Tarnowie. (śmiech)

Sebastian: Mam nadzieję, że będę ostatnim przystankiem na tej trasie. (śmiech) Co ciekawe, sytuacja jest jeszcze bardziej złożona. Pod koniec lutego ruszamy w trasę z zespołem Hunter i na części koncertów za bębnami ponownie zasiądzie Wojtek Pasek. Będziemy się wymieniać. Wojtek formalnie nie jest już w składzie, ale pozostaje częścią naszej muzycznej rodziny. Jest też czwarty perkusista, Tymek Łuszcz z Sad Smiles, niezwykle utalentowany młody muzyk, który nagrał partie bębnów do kilku utworów na nową płytę. Jego udział był efektem okresu przejściowego, kiedy skład się krystalizował. Ja również dograłem swoje partie do czterech piosenek. Tak więc, faktycznie, historia perkusistów w Lark jest dość zawiła, ale na ten moment czujemy, że osiągnęliśmy stabilizację.

Marcin: Muszę tu dodać kluczową rzecz. Sebastian był z tym zespołem od samego początku w innej roli i śmiem twierdzić, że bez jego pierwotnego impulsu Lark mógłby nigdy nie wyjść poza salę prób. Nagraliśmy „Antarcticę” dla samej satysfakcji tworzenia, bez żadnych wielkich planów. Kiedy materiał był gotowy, daliśmy mu go do posłuchania. Jego reakcja była natychmiastowa i niezwykle entuzjastyczna. Użył bardzo rockandrollowego słowa, którego może nie będę cytował, by wyrazić swój zachwyt. To był ten zapalnik, który sprawił, że pomyśleliśmy: „Kurczę, może faktycznie mamy w rękach coś wartościowego”.

Sebastian: Pamiętam ten wieczór doskonale. Byłem u Leszka Łuszcza, naszego producenta. Kończył właśnie miksy płyty „Antarctica” i puścił mi kilka numerów. To, co usłyszałem, wywarło na mnie kolosalne wrażenie. Uczucia, które mi wtedy towarzyszyły, pamiętam do dziś. Zostałem absolutnym fanem tej muzyki. Przesłuchałem ten album dziesiątki razy i do dziś, gdy wracam do niego w samochodzie, słucham go z tą samą, niesłabnącą przyjemnością.

Krystian: Wspomniałeś o Leszku Łuszczu. Dosłownie wczoraj puścił mi on dwa utwory z waszej nowej płyty – „The Man of the Crowd” i „Between the Lines”. I muszę przyznać, że to są świetne numery. Słychać, że to wciąż wy, ten brytyjski, stary rock jest obecny, ale gitary są nagrane zupełnie inaczej. Czuć, że to przester, ale celowy, zrobiony na zimno. Co się zmieniło w waszym podejściu do komponowania, że osiągnęliście takie brzmienie?

Marcin: Kluczem do zrozumienia tej zmiany jest ewolucja naszego procesu kompozycyjnego. Na pierwszej płycie gitarzysta, Tomek Boruch, dołączył do nas, gdy utwory miały już określony szkielet. Musiał wpasować się w istniejącą strukturę, co siłą rzeczy nakładało na niego pewne ograniczenia. Teraz proces wyglądał zupełnie inaczej. Tomek to dla mnie muzyk fenomenalny, o niezwykłej wszechstronności. To pierwszy gitarzysta w moim życiu, który ma tak szerokie horyzonty. Kiedy Leszek Łuszcz, nasz producent, sugeruje jakąś zmianę, Tomek potrafi zagrać ten sam motyw na dziesięć różnych sposobów, a każdy z nich jest interesujący. Na nowej płycie miał pełną swobodę twórczą od samego początku.

Mariusz: Co więcej, nasz proces kompozycyjny jest dość nietypowy. Bardzo często punktem wyjścia jest linia wokalna.

Marcin: Dokładnie. Przynoszę na próbę samą melodię, czasem z gotowym tekstem, i budujemy utwór wokół niej. To praca niejako od tyłu. Taki model daje gitarzyście ogromną wolność. Nie musi on tworzyć głównego riffu, który będzie dźwigał cały utwór. Może skupić się na budowaniu przestrzeni, harmonii, malowaniu dźwiękowych pejzaży, które uzupełniają wokal. Gdyby sam komponował od podstaw na gitarze, musiałby myśleć o strukturze w zupełnie inny sposób, zostawiając miejsce na wokal. Tutaj ta przestrzeń jest dana od początku. Ta swoboda i budowanie piosenek z niczego pozwoliły Tomkowi na pełne rozwinięcie skrzydeł, co słychać w każdym dźwięku na „Nameless Void”.

Krystian: Słychać też, że to granie jest o wiele bardziej dojrzałe. Prace nad nowym materiałem zaczęliście chyba stosunkowo szybko po premierze krążka „Antarctica”. Na koncertach pod koniec 2024 roku graliście już przecież utwór „Silently”.

Marcin: To prawda, proces twórczy trwa u nas nieustannie. To chyba trochę moja wina, bo mam tendencję do ciągłego generowania nowych pomysłów. Jeżdżę samochodem i nagrywam na telefon linie wokalne, które przychodzą mi do głowy. Potem przynoszę je chłopakom i mówię: „Zagrajcie mi coś do tego”. Mam taką filozofię, że artysta czuje się dobrze sam ze sobą tylko wtedy, gdy tworzy. Nawet jeśli świat docenia to, co zrobiłeś w przeszłości, dla wewnętrznej równowagi musisz czuć, że wciąż stać cię na więcej. Potrzebuję dowodu, że skoro potrafiłem stworzyć coś dobrego rok temu, to ta kreatywna studnia wciąż nie wyschła. Piosenki na nową płytę powstawały więc sukcesywnie, ale wspomniane zawirowania z perkusistami nieco opóźniły proces nagraniowy. Pojawienie się Blaze’a Bayleya i wspólne nagranie utworu było dodatkowym, potężnym impulsem. Dla mnie, jako fana Iron Maiden, to było gigantyczne wydarzenie. Ale ostatecznie wszystko musiało poczekać na odpowiedni moment i skład. Jak powiedział kiedyś mądry człowiek: „To, co nagrywasz, jest zapisem chwili. Dziś jesteś taki. Możesz nagrać to samo za tydzień i będziesz już inny”. My zapisaliśmy naszą chwilę właśnie teraz.

Krystian: I ta chwila niedługo ujrzy światło dzienne. Jesteście tuż po premierze teledysku do singla „Halfway Down the Road” i tuż przed startem trasy koncertowej. Gdzie będzie można was usłyszeć?

Sebastian: Na pewno w Polsce, w ramach wspólnej trasy z zespołem Hunter, która obejmie największe miasta. Równolegle intensywnie pracujemy nad koncertami za granicą. Jest już bardzo konkretny niemiecki szlak, który właśnie się materializuje, więc jest duża szansa na kilka występów w Niemczech.

Krystian: Jak już wspominasz o tym niemieckim szlaku, to od razu skojarzyłem fakty. Kilka dni temu premier Donald Tusk ogłosił, że polskie firmy podbijają Niemcy. Wygląda na to, że to o was mówił. (śmiech)

Marcin: (śmiech) Oczywiście, że tak! Bez wahania dopisujemy się do tej listy. Jesteśmy awangardą polskiej ekspansji kulturalnej, nawet jeśli nie wszystkim musi się to podobać pod względem politycznym. Zaczynamy od scen klubowych, a co będzie dalej, zobaczymy.

Sebastian: Poza Niemcami myślimy też o powrocie do innych krajów Europy, gdzie już mieliśmy okazję grać. Zawirowania organizacyjne związane z płytą nieco nas spowolniły, ale teraz, gdy album jest gotowy, mamy czystą kartę i możemy planować z pełną mocą. Nawiązaliśmy też nowe współprace z zachodnimi agencjami promocyjnymi, które pomogą nam dotrzeć z „Nameless Void” do słuchaczy na całym świecie.

Marcin: Chcieliśmy mieć pewność, że płyta jest w stu procentach ukończona, zanim zaczniemy rezerwować terminy. Teraz wiemy, co i kiedy robimy. Przyjaźń z Hunterem pozwoliła nam zabukować tę trasę w ciemno, a reszta planów nabiera kształtów w tej chwili.

Krystian: Znamy genezę płyty „Antarctica”, więc naturalnie ciekawi mnie, co kryje się za nowym rozdziałem, czyli „Nameless Void”?

Marcin: „Nameless Void”, czyli „bezimienna pustka”, to bardzo osobista historia. Tekst do tytułowego utworu napisałem w samochodzie, czekając pod zakładem pogrzebowym po śmierci mojego brata. To był zapis bardzo konkretnej, trudnej chwili. Ta bezimienna pustka była wtedy czymś namacalnym. Piosenka nie została wybrana na tytułową z tego powodu – to wynik zespołowej burzy mózgów. Jednak z perspektywy czasu widzę, jak dobrze ten tytuł spina całą płytę. To nie jest koncept album, każda piosenka opowiada inną historię. Mimo to, gdy niedawno, trochę dla eksperymentu, wrzuciłem wszystkie teksty do analizy przez AI z pytaniem o ich spójność, odpowiedź była zaskakująca. Sztuczna inteligencja wskazała, że wszystkie teksty, mimo różnorodnej tematyki, łączy wspólny mianownik emocjonalny i perspektywa autora. Co ważne, to nie są teksty o smutku i beznadziei. Wręcz przeciwnie, niosą pozytywny, energetyczny przekaz. Nawet ten napisany w tak trudnym momencie jest refleksją o tym, że nic się nie kończy, że to kolejny etap. To teksty o szukaniu jasnej strony życia.

Krystian: A od samego początku wiedziałeś, że będziesz pisał teksty po angielsku? Miałeś w ogóle jakieś próby po polsku, czy to był temat zamknięty od samego początku?

Marcin: Dla mnie to nigdy nie była kwestia wyboru. Mam na ten temat bardzo radykalne zdanie, które lubię ilustrować kulinarną metaforą: jeśli masz sprawdzony przepis na sernik, to nie dodajesz do niego ogórków kiszonych. Dla mnie język polski w muzyce rockowej jest właśnie takim ogórkiem w serniku. Rock and roll narodził się i ukształtował w kręgu języka angielskiego. Jego melodyka, akcentowanie, krótkie, nośne frazy są integralną częścią tej estetyki. To po prostu jeden ze składników receptury. Oczywiście, szanuję artystów śpiewających po polsku, ale dla mojej ekspresji naturalnym i jedynym słusznym wyborem jest angielski.

Sebastian: Trzeba też dodać, że od początku myśleliśmy o Lark jako o projekcie bez granic. Język angielski jest uniwersalnym kluczem, który otwiera drzwi do publiczności na całym świecie. Bez niego nie rozmawialibyśmy dziś o trasie po Niemczech czy współpracy z zagranicznymi agencjami.

Krystian: Na koniec chciałbym zahaczyć o słynną wypowiedź Nergala, który stwierdził kiedyś, że młode zespoły metalowe nie powinny już powstawać. Wy, jako zespół z relatywnie krótkim stażem, jesteście dowodem na to, że to dość kontrowersyjna teza.

Sebastian: Nie czujemy się już tacy młodzi (śmiech), ale rozumiem kontekst. Ja się z Nergalem nie zgadzam. On w swojej wypowiedzi odnosił się chyba bardziej do braku oryginalności, do kopiowania sprawdzonych wzorców, przebieranek i masek, które mają tylko przyciągnąć uwagę. Ilość zespołów na świecie jest dziś oszałamiająca. Przebić się jest niezwykle trudno. Słucham czasem debiutantów w różnych stacjach radiowych i jestem pod wrażeniem poziomu. Niemal wszystkie te zespoły są technicznie świetne. Kluczem nie jest więc samo granie, ale znalezienie swojego odbiorcy i konsekwencja.

Marcin: Aktywność jest kluczem. Każdy koncert, każdy wywiad, każdy nagrany utwór to kolejny krok. Nie ma innej drogi. Trzeba wierzyć w to, co się robi i po prostu to robić. Umierają tylko niecierpliwi.

Sebastian: Dokładnie. Uważam, że każde wydarzenie, moment, lepszy koncert, gorszy koncert, singiel, artykuł w mediach, rozmowa z dziennikarzem – wszystko było po coś.

Krystian: Największym autorytetem zespołu Lark jest Mrozu.

Sebastian: Tak!

Krystian: Naszą rozmowę kończymy zaś pozytywną wiadomością – dotrwaliście do jej końca z tym samym perkusistą. (śmiech)

Sebastian: Tak jest! (śmiech)

Krystian: Dziękuję za rozmowę.

Lark: Dziękujemy i przypominamy, że już 13 marca odbędzie się premiera naszej nowej płyty – „Nameless Void”.

Które ikony rocka i metalu powinny zagrać w Polsce w 2026 roku? Na te koncerty poszlibyśmy najchętniej! 

Tarnów Radio ESKA Google News